poniedziałek, 16 lutego 2015

Workuta - podróż do sowieckiego "raju"

 Workutłag (źródło: www.workuta.de)

Workuta (Воркута) stolica republiki Komi, miasto za kręgiem polarnym położone ponad 2000 km od Moskwy, zwane sowieckim "rajem". Miasto jest zbudowane na hałdzie... Ogólnie rzecz biorąc klimat i warunki życia są tu niezwykle trudne. Zima trwa dziewięć miesięcy i temperatury wówczas spadają nawet do minus 60ºC. Do tego dochodzi noc polarna. Z kolei latem dokuczają chmary jadowitych komarów i meszek, wylęgających się w otaczającej bagnistej tundrze. Trudno też szukać tutaj drzew, jest jednak węgiel...


Właśnie z odkryciem przez geologa Georgija Aleksandrowicza Czernowa latem 1930, permskich złóż węgla kamiennego wiąże się geneza powstania najpierw GUŁagu, a później miasta. Węgiel stanowi jedyne bogactwo Workuty, bogactwo które stało się przekleństwem dla wielu tysięcy istnień ludzkich. Już w dwa lata później został założony tutaj pierwszy GUŁag, w opuszczonej obecnie dzielnicy Rudnik. Sama Workuta powstała w roku 1936 w ramach rozbudowy lokalnego GUŁagu. Jeśli chodzi o osławiony Workutłag, który miał za zadanie obsługiwać kombinat węglowy "Workutugoł" początki prawdziwej prosperity są datowane po roku 1941. Niemcy zajęli wówczas Donieckie Zagłębie Węglowe (o które nawiasem mówiąc właśnie toczy się wojna na terytorium Ukrainy) i w związku z tym gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na węgiel.

Ciekawe zapiski dotyczące tego okresu znajdujemy w Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna: "[...] w latach wojny. W Workucie w tym samym okresie więźniowie-górnicy dostawali (a były to przydziały największe w całym GUŁagu, bo węglem z Workuty palono w mieście bohaterów, w Moskwie) za 80% normy pod ziemią - albo 100% normy na powierzchni całe kilo i trzysta gramów chleba." 

W rejonie tym istniało około 70 obozów pracy morderczej, jak trafnie określił je Sołżenicyn. GUŁagi istniały tutaj podobno do roku 1961. W szczytowym okresie "rozkwitu" Workutłagu czyli około 1951 roku, miało być tutaj ponad 73 tysiące ludzi. W tym samym czasie we wszystkich GUŁagach przebywało ponad 17 milionów ludzi! Gułag był wówczas największym "pracodawcą" na świecie. Jednakże, jest to tylko szacunkowy stan liczbowy, ponieważ ciągle napływali nowi więźniowie, zastępujący tych, którzy na wyspach "Archipelagu" mieli pozostać już na zawsze. Funkcjonariusze GUŁagu ponoć witali przybyłych słowami "będziecie tak długo pracować, aż zdechniecie". W istocie większość skazańców nie przeżywała nawet roku. Zgodnie z zasadą wprowadzoną przez czekistę i twórcę słynnego systemu kotłów w GUŁagu, Naftalija Aronowicza Frenkla "z więźnia musimy wycisnąć wszystko w ciągu pierwszych trzech miesięcy - potem nic nam po nim".

Workuta jest także szczególnym miejscem dla Polaków. Pierwsi skazańcy trafili do Workuty już w roku 1939, zaraz po 17 września. Jednak największy przypływ Polaków do Workutłagu zaczyna się od roku 1944. Kiedy to, jak wszyscy powszechnie wiemy z filmu "Czterej pancerni i pies", armia czerwona przyniosła nam upragnioną wolność... z tzw. "rządem lubelskim" na czele. W istocie jednak stanęliśmy w obliczu zamiany okupacji niemieckiej na sowiecką. Tysiące Polaków, a wśród nich szczególnie liczne grono walczących w szeregach Armii Krajowej, paradoksalnie zostało skazanych "za zdradę ojczyzny" przez sowieckie sądownictwo i władze komunistyczne. Trafiając do Workutłagu. Wielu nie powróciło...

Niezwykle znamienna jest odpowiedź profesora Normana Daviesa na pytanie jak nazywał się największy obóz zagłady w Europie w trakcie II wojny światowej: - Workutłag!

 Najstarsza część miasta i teren dawnego GUŁagu - dzielnica Rudnik (obecnie opuszczona)

 


 W centrum widać krzyż poświęcony żołnierzom AK więzionym w łagrach workuckich, znajduje się on  przy nieczynnej kopalni „Workutinskaja”.


 Pomnik ofiar represji politycznych (ufundowany przez Stowarzyszenie Memoriał)


Do Workuty nie prowadzi żadna droga. Istnieje tylko obwodnica wokół miasta wiodąca do poszczególnych kopalni. Jedyna droga lądowa przez bagnistą tundrę prowadzi koleją żelazną, budowaną przez więźniów, gdzie według Sołżenicyna pod każdym podkładem kolejowym "leżą chyba ze dwie głowy". Obecnie miasto się wyludnia i jeżeli proces ten będzie postępował w tym samym tempie to najdalej za jakieś 10-15 lat stanie się miastem widmem, jak choćby mijane przez nas w trakcie wyjazdu miasteczko Khalmer-Yu (Хальмер Ю). Właściwie nie ma się czemu dziwić, bo jest to najbrudniejsze i najbardziej ponure miejsce na Ziemi w jakim kiedykolwiek byłem, a ceny są wyższe niż w Moskwie. Mój kolega Wojtek podsumował je następującymi słowami: "To miasto, w którym nikt z nas nie chciałby się urodzić! A ludzie, którzy tutaj przyszli na świat zwyczajnie mieli pecha..." Prawdopodobnie poza Nieniencami żyjącymi w tej niegościnnej krainie od wieków, większość mieszkańców stanowią potomkowie więźniów GUŁagu...

 
 Plan obwodnicy Workuty prowadzącej do poszczególnych kopalń i innych zakładów przemysłowych.

Ale może od początku. Jak znalazłem się w sercu sowieckiego "raju"? Jakoś pod koniec roku 2013 dowiedziałem się, iż mój ówczesny promotor uzyskał z Narodowego Centrum Nauki finansowanie projektu badawczego, w ramach którego prowadzimy szczegółowe badania górnodewońskich skał osadowych powstałych w środowisku głębokowodnym, w różnych, nie zawsze cywilizowanych rejonach świata, gdzie dotychczas nie były one prowadzone. Ponieważ większość istniejących danych na temat masowych wymierań z tego okresu mamy ze środowisk płytkowodnych, położonych w ówczesnych rejonach równikowych. Już na pierwszym zebraniu dowiedziałem, się iż odpowiadam za kierunek wschód...

W ten właśnie sposób w czerwcu ubiegłego roku, wraz z Wojtkiem kolegą z Wydziału trafiliśmy do Workuty. Pierwszy przedsmak miałem już na moskiewskim lotnisku Domodiedowo, gdzie wśród tubylców obsługujących loty krajowe, kończy się znajomość języka angielskiego... Pani na odprawie mówi coś do mnie po rosyjsku i chociaż wytężam swą pamięć, w celu przypomnienia sobie czegokolwiek ze słynnych lekcji ruskiego, za cholerę nie wiem o co jej chodzi... Ale od czego jest Wojtek, kolega nieco starszy i na szczęście władający rosyjskim i już wiadomo, że bagaż mamy niewymiarowy... Po załatwieniu formalności, lecimy dalej...

Po trzech godzinach lotu niewielkim samolocikiem lądujemy w Workucie. Pierwsze wrażenie, jako żywo staje mi przed oczyma lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku i obrazki z TV pewnej pamiętnej niedzieli 10 kwietnia 2010 roku. Skromny budyneczek i pas startowy przypominający typowe polskie drogi... W budynku czeka nasz stary znajomy Andriej, z którym pracowaliśmy na Centralnym Polu Dewońskim, w rejonie Woroneża dwa lata wcześniej w ramach innego projektu... Andrej mieszkający na co dzień w Petersburgu mówi na wstępie, że "Workuta to dziwne miasto". Faktycznie pierwsze wrażenie jest niezbyt zachęcające. Szaro, brudno i ponuro. Wokół dziurawej drogi pełno zwałów węgla... nie chwileczkę to nie węgiel, to czarny śnieg... Nikt tutaj nie słyszał o filtrach na kominach i wszelkie zakłady rozsiane wokół miasta produkują masę czarnego pyłu, który unosi się wszędzie.   

 Typowy obrazek na ulicach Workuty - jedyna szansa na ulepienie czarnego bałwanka ;)

Zamieszkaliśmy w największym hotelu Workuta, ceny moskiewskie, standard jak w PRL. Oczywiście na każdym piętrze tzw. etażnaja, czyli pani wydająca klucze gościom. W pokoju czysto i schludnie. Chociaż na dworze temperatura poniżej zera stopni w pokoju upał, nikt nie liczy się z węglem, którego tutaj jest w brud. Palą jak szaleni... nawet zakręcenie kaloryfera niewiele pomaga, ponieważ rura biegnąca wzdłuż ściany jest gorąca. Śpimy przy otwartym oknie. Przy okazji zabawna przygoda, przy naciskaniu guzika windy, kolegę kopnął prąd... i już jasne po co obok przycisku wisi patyczek na sznureczku...

 Hotel Workuta

 Widoki z okna


Na drugi dzień rano idziemy do tzw. urzędu imigracyjnego republiki Komi. Ponieważ Rosja jest państwem policyjnym, jeżeli przebywa się powyżej siedmiu dni w jakimś miejscu podobno trzeba mieć tzw. registrowkę (potwierdzenie pobytu w danym miejscu). Co w przypadku mieszkania w hotelu nie stanowi problemu. My jednak przez większość pobytu mieliśmy mieszkać i spać w tundrze, w związku z czym idziemy po registrowkę. Oprócz nas jest już sporo petentów, głównie Nienieńców, ale są też tzw. typowi Rosjanie. Obsługa jak w Polsce za komuny... wszyscy mają czas, a więc aby cokolwiek załatwić trzeba uzbroić się w anielską, czy raczej diabelską cierpliwość. Urzędnicy na każdym kroku pokazują, że interesantów mają za nic i robią łaskę rozmawiając z nimi. Ci drudzy prezentują wiernopoddańczą postawę. Na kilka pokoi, gdzie siedzą urzędnicy przyjmuje tylko jeden facet... w związku z tym robi się kolejka. Gdyby pozostali zechcieli obsługiwać petentów, rozładowali by ją w kilkanaście minut. Jednak nic z tych rzeczy. Zatem, gotując się w środku, udajemy jednak zadowolonych z życia "sowieckich" obywateli. W końcu od humoru naczalstwa zależy, czy dostaniemy upragnioną registrowkę. Jednak około 11 w południe, po jakichś dwóch godzinach oczekiwania, naczelnik naszego wydziału imigracyjnego, jak  gdyby nigdy nic zbiera się, zamyka swój pokój i, nic nikomu nie mówiąc, wychodzi z urzędu... Wyczytujemy, że przerwę obiadową mają od 12:30. Pytamy więc lekko skonsternowani, gdzie poszedł naczelnik i czy jeszcze dzisiaj wróci. Niestety nikt nie jest w stanie udzielić nam odpowiedzi. W związku z powyższym podejmujemy jedyną słuszną decyzję, olewamy "bumagę". Martwić będziemy się po powrocie z tundry. Idziemy zwiedzać Workutę, a później jakieś drobne zakupy, ponieważ większość zakupów załatwili nasi rosyjscy koledzy, w czasie kiedy my siedzieliśmy w urzędzie. Poza Andriejem, jadą jeszcze do pomocy Igor i Sasza, studenci geologii z Petersburga, którzy mają praktykę w firmie w której pracuje nasz kolega. 

 Miasto na hałdzie

Centrum miasta.

Lenin wiecznie żywy - ponadto jak w licznych miastach główna ulica imienia Lenina.

Jeśli chodzi o pył zawieszony to wszelkie normy przekroczone :)

 Dom Kultury Górników.

Technikum Górnicze.

Pomnik na cześć bohaterów tzw. wielkiej wojny ojczyźnianej (II wojny światowej) - wielu z nich w dowód wdzięczności władzy sowieckiej, zgniło później w GUŁagach...

 Most zakochanych na ulicy Lenina, jak widać zakochanych w Siewiernym Kraju jak na lekarstwo ;)

Cerkiew w Workucie.

Troszkę propagandy:

Воркута уголь формула будущего (Workuta Kombinat Weglowy - formuła przyszłości)
 настоящие мужчины всегда в цене (prawdziwi mężczyźni zawsze w cenie)

I jeszcze taka sytuacja... 

W nocy wyjeżdżamy w tundrę. Cel naszej podróży leży ponad 150 km w linii prostej na północ od Workuty. To rejon Pay-Choj i osady dewońskie odsłaniające się wzdłuż rzeki Kara. Ze względu na deficyt utwardzonych dróg i niezwykle podmokły teren, po tundrze można poruszać się wyłącznie viezdiekhodami, czyli pojazdami zaopatrzonymi w gąsienice. Jak się okazuje istnieją drogi dla viezdiekhodów, zimą tzw. zimniki, jednakże nie mają one nic wspólnego ze znanymi nam drogami. Są to po prostu coś jakby szlaki czasami oznaczone jakimiś tyczkami. Prawdopodobnie są to miejsca mniej bagniste, lokalnie tylko utwardzone. Tundra robi wrażenie. Bezkresna przestrzeń, zero drzew tylko nieduże krzaki karłowatej wierzby wystające spod grubej warstwy śniegu (a mamy przecież czerwiec). Tundra pocięta jest całą masą rzeczek, strumyków i rzek. Teren niezwykle bagnisty i bez wysokich gumowców lub woderów nawet nie warto się w nią zapuszczać. Wyszukanie kawałka w miarę suchego terenu stanowi tutaj niezłe wyzwanie. Jednak zwracają uwagę liczne śmieci leżące wzdłuż trasy przejazdu viezdiekhodów (flaszki po wódce, puszki po konserwach itp.), nikt tutaj nie słyszał o ochronie przyrody. 

 
 Tundra i majaczący w tle Ural Polarny

 Takie komfortowe drogi należą tu do rzadkości.

Po kilku godzinach jazdy docieramy w okolice miasta widma Khalmer-Yu (Хальмер-Ю́), gdzie zatrzymujemy się na kolacjo-śniadanie (około 2 w nocy - jest jasno jak w dzień), oczywiście zakrapiane wódką. Piją wszyscy łącznie z kierowcą viezdiekhoda. Drogówki obawiać się nie należy. Spotykamy za to mieszkańca tundry, czyli Kazacha pilnującego viezdiekhodów i spychaczy stojących pośrodku niczego... koło nieczynnej kopalni Khalmer-Yu. W miejscu ochrzczonym przez Wojtka terminem nawiązującym do opowiadania Marka Hłaski "Baza ludzi umarłych". W związku z czym pęka kolejna flaszka. W Rosji, a szczególnie w tundrze, gdy spotykają się ludzie, bez flaszki się nie obędzie. Hitem kolacji był niezbyt ciekawie wyglądający ozór wołowy serwowany nam, bezpośrednio z reklamówki, przez naszego kierowcę rękami brudnymi od smarów. Prawdopodobnie był to test, gdyż Sonia wożący czasem turystów pewnie spodziewał się, że nie damy rady zjeść tego specjału. Jednakże test wypadł pozytywnie i uznał nas za "swoich ludzi". Innym hitem kulinarnym, była nieco żółtawa woda  czerpana bezpośrednio z kałuż, których tu nie brakuje, w kałużach tych zaś roiło się od zajęczych bobków... smacznego ;) Na szczęście woda była gotowana, poza tym mieliśmy pod dostatkiem wódki, w związku z czym nikt nie miał nawet najmniejszych dolegliwości żołądkowych... no chyba, że od nadmiaru wódki :)

 Nieczynna kopalnia węgla w Хальмер Ю

 Miasto widmo Хальмер Ю (Chalmer-Ju) 
A tak (klik) bawi się w Chalmer-Ju tow. Władymir Władymirowicz


Po noclegu spędzonym kilkanaście kilometrów na północ od Khalmer-Yu ruszamy dalej, jednak nasza droga szybko się kończy, ponieważ w pewnym momencie dojechaliśmy do rzeczki Khalmer-Yu, która niestety zamieniła się w rzekę... ponadto zerwało zimnik, w związku z niezwykle silnym nurtem sforsowanie jej okazało się niemożliwe. Wszystko z powodu tego, że w ciągu doby temperatura skoczyła o 10ºC, co spowodowało, że wszystko zaczęło topnieć i poziom wody drastycznie wzrósł.

 Pasmo Uralu Polarnego

 Zerwana droga na rzece Khalmer-Yu - dalsza jazda okazuje się niemożliwa nawet dla vezdiekhoda.

 Wysoki poziom wody w Khalmer-Yu.

Obóz.

 Lunch :)

 Wodospad Khalmer-Yu (te skały to permskie zlepieńce).

 Grupowe zdjęcie z Januszem Niedźwiedziem.

Sonia - nasz kierowca.


Rosjanie postanowili, że zaczekamy do następnego dnia i jeśli poziom wody nie opadnie, niestety będziemy musieli wrócić do Workuty z niczym. Choć osobiście nie wierzymy w spadek poziomu wody zakładamy obóz i po rekonesansie w okolicy robimy sobie imprezę, w końcu mieliśmy zapas wódki przewidziany na cały nasz pobyt w tundrze... Następnego dnia rano stwierdzamy, iż poziom wody znacznie się podniósł. Co więcej, z tającego Polarnego Uralu zaczęły spływać ogromne kry lodowe. 



Totalnie zniszczona droga. 

Ogromne kry spływające wodospadem.


 Ural Polarny (niestety dotarcie w góry też nie jest możliwe, ze względu na zbyt wysoki poziom wód w rzekach).


Powrót na tarczy...

Trasa wyprawy.

W związku z czym postanawiamy popołudniu zwijać bazę i wracać do Workuty. Okazało się to wcale nie takie proste, ponieważ mijane w pierwszą stronę strumyczki, teraz zaczynały się zmieniać w spore rzeczki, które z duszą na ramieniu pokonywaliśmy viezdiekhodem i tylko umiejętnościom Soni zawdzięczamy, że dojechaliśmy z powrotem do Workuty. W tym samym czasie w tym  rejonie jego dwóch kolegów utopiło swoje viezdiekhody... Po drodze jeszcze wypadł nam nocleg i impreza w "Bazie ludzi umarłych", czyli w miejscu, gdzie spotkaliśmy naszego Kazacha. Jak okazało się pilnował tego dobytku razem z kolegą z Białorusi, który jak sam mówił przyjechał tutaj bo chciał posmakować północy. Obaj okazali się, bardzo gościnni, ale nie ma się co dziwić, gdyż siedzą tak parę miesięcy sami na totalnym zadupiu, więc każdy napotkany człowiek stanowi nie lada atrakcję. Poza urzędnikami wszyscy Rosjanie, z którymi się zetknęliśmy okazali się bardzo fajnymi i przyjaznymi ludźmi. Zresztą wszędzie w obliczu dzikiej przyrody ludzie są sobie bardziej przyjaźni, niż w miejskiej dżungli i zgiełku, pędzący nie wiadomo za czym...

Kolejny raz w nieczynnej kopalni Khalmer-Yu i "Baza Ludzi Umarłych"



  

 Warunki lokalowe jak widać całkiem przytulnie.

 I jeszcze pouczający plakat, którego treść głosi: "Całować się z palącą dziewczyną?
- NIE! Już lepiej idź prosto spać!"

Po powrocie do Workuty jeszcze dwa dni szwendamy się po mieście i oglądamy telewizję ze smutnymi obrazkami z Donbasu. Po kontakcie z kierownikiem przebookowujemy bilety i wylatujemy do Moskwy. Niestety zbyt krótki okres na jaki mieliśmy wizę wykluczał czekanie na miejscu na poprawę warunków. Musieliśmy skapitulować w obliczu potężnych sił przyrody. Na szczęście pod koniec roku otrzymaliśmy od naszych rosyjskich kolegów próbki geologiczne z Polarnego Uralu (zebrane przez nich w sierpniu). Myślę jednak, że chciałbym jeszcze powrócić w tamte rejony. Łącznie z wcześniejszymi doświadczeniami ze Spitsbergenu widzę, że dobrze się czuję w rejonach polarnych i bardzo pasuje mi panujący tam surowy klimat, że już o dniu polarnym nie wspomnę. Mieliśmy jeszcze kilka ciekawych przygód utwierdzających nas w twierdzeniu, iż "Rosja to stan umysłu"... ale długo by można opowiadać. 

Z Workuty udało mi się przywieźć drobną geologiczną pamiątkę to fragment permskiego węgla. Tego samego węgla, dla którego życie straciło tyle tysięcy istnień ludzkich. 

Dziękuję za uwagę. MR.

Na zakończenie mały muzyczny bonusik.


12 komentarzy:

  1. Miasto nie podoba mi się. Ale już później, kiedy przedstawiasz jego dziksze sekrety, дуже красивий перспективи :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Robi wrażenie Twoja opowieść i zdjęcia, bo co do historii tego miejsca to jest tak bardzo naznaczone cierpieniem ludzkim, że nazwać go pięknym nie przystoi. To jeszcze nieznane miejsce wielu, ja też miałabym problem, żeby cokolwiek powiedzieć o Workucie, gdyby mnie zapytano. Dziękuję za tą piękną lekcję historii, uczy pokory.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytalam Twoja opowiesc z zapartym tchem!!! Wspaniale przygody przezyliscie... Zdjecia cudowne, z klimatem, jak nie z tego swiata.
    Nie bylam nigdy w tamtych rejonach, ale ktos mi bliski kiedys mieszkal i pracowal w roznych miejscach Rosji i twierdzi, ze to kraj "kurwy i szatana"... takze ja jednak podziekuje i pozostane przy tej naszej "dzikiej" cywilizacji;);)
    Pozdrawiam! Anka

    OdpowiedzUsuń
  4. No ja Cię proszę .... Wow ...
    Wyprawa życia . Trza mi to było wiedzieć ze geolog to takie ciekawe zajęcie ;);) i wiedzie takimi szlakami , jak dodam jeszcze podróże twojego Miśka ,to już wiem że zły zawód wybrałam ;);) choć miał tez być taki bez granic , misje w Afryce itp ... Ale potem i tak rodzina zapuszcza korzenie , i to faceci podróżują , bo taka praca , a kobiety dzielnie tęsknią , bo nie porzuca dzieci na pól roku żeby zając sie głosującymi dziećmi w Afryce czy wojennego bliskiego wschodu ....
    Ale wracając do relacji .... Robi na mnie mocne wrażenie . I krajobrazowo i wyczynowo .

    OdpowiedzUsuń
  5. ale wycieczka! Czytałam kilka książek historycznych o tych miejscowościach :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Post na który czekałam! Naczytałam się trochę, relacji wrażenia różnych ludzi podobne do Twoich. Myślę, że geograficznie robi wrażenie, a mentalność ludu rosyjskiego i innych tam zamieszkujących podbija atrakcyjność ( o ile da się tak rzec..) miejsca. Historycznie ważne to tereny, ku pamięci, i w ogóle. Summa summarum zazdroszczę wyprawy!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Strasznie tam jest... Chyba popadłabym w depresję jakby mnie tam wywieżli do łagru.
    Zamarzłabym na pewno;)
    Ale wyprawa niesamowita!!! Fajnie tak w ciepłym pokoju oglądać sobie takie fotki:D

    OdpowiedzUsuń
  8. świetny wpis, bardzo interesujący! patyczek zawieszony w windzie - oryginalny pomysł:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wow niesamowite przeżycie!
    Ale tego -60stopni to nie zazdroszczę, u nas gdy jest -5 to już zamarzamy hehe paranoja :P
    A od tego mostu zakochanych rzeczywiście mega uczucie bije :P hahaha
    Widzę nie tylko ja jestem miłośniczką gór izerskich.... hihi
    :*

    OdpowiedzUsuń
  10. wow... lubie podorze i czesto jestesmy "w trasie" ale za takie cus to ja podziekuje :/ do Moskwy mnie ciagnie owszem ale na sybir na cala polnoc chyba nie bardzo. Aczkolwiek wycieczka to nielada lekcja!

    OdpowiedzUsuń
  11. taaa, górnik jak kocha, to tylko w kasku?
    czarny bałwanek zaciemnił mi tok myślenia...
    szok - ważne, że jest gdzie i do kogo wrócić...

    OdpowiedzUsuń